Hej ho! hej ho! do pracy by się... szło?

Wracam dziś do pracy. Stęskniłam się już za dzieciakami. Zobaczymy czy i one ucieszą się z mojego powrotu. I ciekawe jak długo będę się mogła cieszyć "wolnością". W każdej chwili mogę zmienić zdanie i zgłosić się po zwolnienie.
Tymczasem zamierzam korzystać... oczywiście pamiętając, że pod serduszkiem mam tego Najważniejszego Dzieciaczka :-) Wczoraj na USG nawet pomachał do swojej mamusi :-) Wynagrodził mi tym samym kilka godzin czekania w kolejce (ehhh publiczna służba zdrowia :-/)
No to idę, wracam za 8 godzin :-)
Czytaj dalej

Dylematy, ciągłe dylematy....

Trochę mnie nie było... Wraz z przypływem energii odeszła ochota na pisanie. W sumie mnie to nie zdziwiło, bo zawsze tak mam. Zaczęłam powoli wychodzić z domu i więcej się ruszać. Przez te dwa tygodnie leżakowania i słodkiego lenistwa straciłam kondycję, więc cały czas muszę się oszczędzać. Zaliczyłam już nawet pierwsze małe zakupy dla Maleństwa. Ogrom wyboru mnie przeraził. Nie mogłam się na nic zdecydować, w końcu wybrałam śliczny komplet pięciu sztuk body z Kubusiem Puchatkiem. Nie jestem jeszcze nawet w połowie a już wszyscy na około pytają, czy zaczynam uzupełniać wyprawkę. Czułam się źle, że nic jeszcze nie mam i nie dawało mi to spokoju. Ale teraz już jestem spokojniejsza. Mama też zaczęła biegać po sklepach i tylko podsyła mms'y z nowymi zdobyczami :-)

Las - jedyne miejsce, w którym można trochę pooddychać gdy na dworze taki upał

Jutro wizyta u lekarza. Mam dylemat czy wracać do pracy. Z jednej strony w domu fajnie, bardziej beztrosko. Z drugiej strony brakuje mi już kontaktu z ludźmi. Zaczynam odczuwać swego rodzaju wyrzuty sumienia, że ktoś mnie musi zastępować. Że stwarzam jakieś problemy... (takie podejście chyba świadczy o moim altruizmie?) A poza tym w domu powoli staję się nieznośna - nawet ja to odczuwam ;-) Zobaczę, co mi doradzi lekarz i wtedy podejmę decyzje. Jeśli powie, że lepiej by było gdybym z pracy zrezygnowała, to się nie zawaham by wziąć zwolnienie. W końcu dobro Maleństwa najważniejsze. Nie mam ciężkiej pracy i nie powinnam się w niej męczyć, ale jak wiadomo każda praca niesie za sobą jakiś poziom stresu. No zobaczymy, co to będzie...

Mam nadzieję, że jutro potwierdzi się płeć dzidzi. Niby nastawiłam się już na chłopca, ale ciekawość mnie zżera czy aby wcześniej lekarz się nie pomylił w swoich przypuszczeniach. Nie wyobrażam sobie, jak niektóre kobiety wytrzymują całą ciążę i nie chcą znać płci. Moja natura by tego nie wytrzymała :-)

Dzisiaj sobie pozwoliłam na dłuższe spanie... pfff pozwoliłam to nie do końca dobre słowo - udało mi się dłużej pospać. Jakby organizm wyczuwał, że może się skończyć ta słodka laba :-)
No nic, trzeba by coś porobić - nim się obejrzę, zaraz będzie wieczór :-)

P.S. Maluszek najaktywniejszy jest wieczorami. I coraz częściej na dobranoc robi słodkie "puk puk mamo!" :-)
Czytaj dalej

Jest pierwszy kopniak...

Doczekałam się! Maluszek dał pierwszy odczuwalny znak :-) Stałam akurat "przy garach", więc albo polubił zapach szpinaku z czosnkiem, albo wręcz przeciwnie i się zdenerwował ;-)


Skoro wywołany już został temat gotowania, to może trochę o tym...
Z swego czasu ogarnął mnie szał kulinarny. Może to za sprawą programów typu Masterchef. Kombinowałam trochę ze smakami i planowałam zapoznać domowników z mniej tradycyjnymi smakami. Nie jestem bowiem zwolenniczką schabowego i kotletów mielonych. Kuchnia włoska czy grecka zawsze była mi bliższa niż tradycyjna polska. Nie wszystkie moje przepisy przypadły jednak do gustu przyszłym teściom. I jakoś tak powoli traciłam zapał do gotowania. Skoro marzenie o ciąży się już spełniło, to kolejnym jest własna kuchnia. Znalazłam nawet wymarzoną i zgodnie z prawem przyciągania, często ją sobie wizualizuję ;-)

Kuchnia w stylu prowansalskim

A najpiękniejsze w tej kuchni są doniczki z ziołami. I to takimi dorodnymi - moja bazylia usycha na parapecie (chyba mam do niej za mało serca ;-)).
Ewidentnie mam zachcianki na zielone warzywa - to akurat dobrze, mają w sobie dużo kwasu foliowego. Wczorajszy makaron ze szpinakiem i pomidorkami koktajlowymi zniknął w mgnieniu oka, a miałam nadzieję, że zostanie coś na śniadanie ;-) A na jutro mam plan, żeby znowu trochę zaszaleć kulinarnie. Znalazłam prosty przepis na sałatkę brokułową z cieciorką. Nigdy cieciorki nie jadłam i ciekawa jestem co z tego wyjdzie. W weekend natomiast nie odpuszczę i wyślę Ukochanego na polowanie za fasolką szparagową. Mam na nią ochotę już od dawna.
Cieszę się, że apetyt mi dopisuje. Początki ciąży były ciężkie, bo bardzo kiepsko się czułam. Schudłam około 6 kg. Nie wymiotowałam co prawda, ale po każdym posiłku mnie mdliło. Sprawdza się więc opinia, że w II trymestrze wraca i apetyt i energia. Ja najchętniej wysprzątałabym cały dom a następnie zjadła coś pysznego :-) 
Na razie jednak czeka mnie sterta naczyń do zmycia. Na wejściu do kuchni chyba muszę przyczepić baner: "KTO GOTUJE, TEN NIE ZMYWA" :-)

P.S. Walka z przeziębieniem - na razie 1:0 dla mnie. Ból gardła odpuścił, oby tak dalej...
Czytaj dalej

Domowe sposoby na przeziębienie...

Od dłuższego czasu czuję taką kluskę w gardle (miałam tak już przed ciążą kilka razy, żaden lekarz nie umiał tego dokładnie zdiagnozować), ale kiedyś przeważnie przechodziło po kilku dniach. Zaczyna mnie gardło boleć, tak jakby z zatok coś mi ściekało :-( Ogólnie czuję się lekko przeziębiona... Gorączki na szczęście nie mam, więc na razie szukam pomysłów, jak zawalczyć z tym dziadostwem domowymi sposobami. Robię sobie płukanki z wody utlenionej (zawsze mi to pomagało), wypiłam też syrop z czarnego bzu (niestety zeszłoroczne zapasy się właśnie skończyły, a na świeże muszę poczekać kilka dni...). Do listu zakupów dopisałam też cytrynę i miód (miodu nie cierpię, ale mus to mus). 

Obrazek: canpolbabies.com

Mam nadzieję, że obejdzie się bez wizyty u lekarza... Tymczasem wygrzewam się pod kocykiem.
A Wy, dziewczyny, jakie macie własne sposoby na przeziębienie?
Czytaj dalej

Trochę o aktywności...

Przez to siedzenie w domu jakoś totalnie straciłam poczucie czasu. Pamiętam, że gdy dowiedziałam się o ciąży, byłam w szoku, że to już 8 tydzień... A od tamtego dnia minęły już dwa miesiące. Jak ten czas szybko leci!
Poczytałam sobie dzisiaj, co dzieje się obecnie z moim Maluszkiem. Dalej bardzo intensywnie się rozwija. Jest już prawie tak duży ja moja dłoń. Ponoć niektóre kobiety potrafią wyczuć już w tym czasie pierwsze ruchy. Zaczęłam więc bardziej skupiać się na swoim brzuszku - nie mogę się już doczekać pierwszych kopniaków :-) Od początku ciąży nie przytyłam zbyt wiele (sporo schudłam na samym początku, teraz powoli nadrabiam) więc i brzuszek mam tylko lekko zaokrąglony. Śmieję się jednak, że w końcu nie muszę ukrywać swoich fałdek, niech sobie myślą, że to dzidziuś tak szybko rośnie ;-)

W niedzielę trochę zgrzeszyłam i urwałam się z tej niewoli na kilka godzin. Odwiedziny u rodziny bardzo dobrze mi zrobiły. Łaknę teraz towarzystwa jak nigdy, a w ciągu tygodnia większość dnia jestem sama. Pogadać sobie mogę tylko z Maluszkiem (ponoć to ważne, żeby już teraz zapoznawać dzidzie ze swoim głosem).

A teraz trochę moich przemyśleń... Usłyszałam niedawno, że nie ma czegoś takiego jak aktywnie i ostrożnie. Jednak wszelkie źródła zalecają kobietom w ciąży aktywność fizyczną (o ile nie jest to ciąża zagrożona). Wiadomo, że nie chodzi o wspinaczkę czy ultramaratony, ale o rozważne uprawianie niektórych sportów. Więc jeśli tylko na wizycie kontrolnej wszystko będzie w porządku i lekarz pozwoli, to zamierzam pochodzić trochę na basen. Nie mam w sobie takiego samozaparcia, żeby ćwiczyć w domu, więc może chociaż z tym pływaniem się uda.

Nie wspominałam tego chyba wcześniej, ale przed ciążą prowadziłam dosyć aktywny tryb życia. Nie jestem typem domatora, wolę pójść to tu, to tam. Nie lubię stać w miejscu. Od roku zaczęłam zaprzyjaźniać się z bieganiem. Przy oknie wiszą nawet trzy skromne medale. Robiłam to bardziej dla przyjemności niż dla wyników, chociaż nie powiem - lubię porywalizować ;-)

Tak było...

Pasją, jeśli można to tak nazwać, zaraził mnie partner, który sam trenuje i to dosyć ostro (ja preferuję dystanse ok. 5km, On woli maratony ;-)). Trochę mi brakuje tego "latania". Postanowiłam sobie jednak, że jeśli będę miała problemy ze zrzuceniem kilogramów po ciąży, to zacznę trenować do dłuższych dystansów -  nie od razu do maratonu, ale może jakiś półmaraton ;-) Piszę to publicznie, żeby później się tych słów nie wypierać :-)

Aby całkiem nie stracić wszelkiej aktywności, dzisiaj zabrałam się za naukę. Za dwa tygodnie mamy końcowy egzamin na studiach podyplomowych. Może jak tak Maluszek posłucha trochę o aktach, ustawach, rozporządzeniach itp. to w przyszłości zostanie prezydentem ;-)

Czytaj dalej

A tak to się zaczęło... part 2

Zamieszkaliśmy ze sobą po 9 miesiącach. Wyszło w sumie tak naturalnie, ale to chyba ja pierwsza wspomniałam o takim pomyśle. Wszystko układało się świetnie. Nawet jak spotykały nas jakieś przeciwności, to za chwilę okazywało się, że wychodziło na lepsze. On stracił pracę, na następny dzień zadzwonili, ze biorą go od ręki do innego punktu. Ja pracę dostałam po pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej. Wakacje minęły nam pracowicie, ale było to chyba najfajniejsze lato w moim życiu (jak dotąd). Czasami nie dowierzałam wtedy jeszcze, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Zamieszkanie razem nie odbiło się na naszych relacjach. Wręcz przeciwnie. Nie pamiętam naszej pierwszej kłótni, ale minęło może z półtora roku, gdy się poprztykaliśmy trochę. To prawda, że człowiek radzi sobie lepiej gdy ma więcej na głowie – mimo wszystkich obowiązków udało mi się zdobyć najwyższe stypendium naukowe na roku. Później oboje skończyliśmy studia - ja w terminie i z rewelacyjnym wynikiem, on trochę później.

Po studiach z pracą był większy problem. I w końcu tak się jednak wszystko potoczyło, że zrezygnowaliśmy z mieszkania w „dużym mieście” i wyprowadziliśmy się do niego. Miasteczko na wschodzie Polski. Małe. Bez większych perspektyw. I znowu to głupie szczęście. Praca dla mnie – w zawodzie, umowa na stałe, bajka – znalazła się prawie od razu. On miał bardziej pod górkę. Czekał dłużej, ale w tym czasie pomagał rodzicom w firmie... Tak, tak... mieszkam z teściami. Zawsze wyrzekałam się dwóch rzeczy – mieszkania w małym mieście i mieszkania z teściami. Wniosek? Lepiej się nie zarzekać!

„Ale jak to tak, bez ślubu?” - po jakimś czasie zaczęły się pojawiać pytania. Z biegiem czasu odpuścili. Żyliśmy sobie tak od weekendu do weekendu. Od świąt do świąt. Od wakacji do wakacji. Na te postanowiliśmy nic nie planować. On dostał w miarę fajną pracę. Postanowiliśmy zacząć trochę odkładać. Na cokolwiek – jednak w założeniu na mieszkanie. Wakacje mieliśmy sobie odbić za rok.

W okolicy Wielkanocy zaczęłam trochę chorować. W same święta byłam nie do życia. Strasznie się męczyłam, nie miałam apetytu. Po kilku dniach wyjaśniło się skąd wszystkie objawy. Test robiłam jakieś 2-3 tygodnie wcześniej i był negatywny. A poza tym to było przecież prawie niemożliwe – leczyłam się co prawda, ale efekty były bardzo powolne. Jednak dla spokoju zrobiłam kolejny. I ooo... dwie kreski. W pierwszej chwili nie wiedziałam, czy się cieszyć czy nie. Uśmiechałam się jednak, więc moja podświadomość ucieszyła się bardzo. Później zaczęłam rozmyślać co to będzie i jak to będzie... Takie typowe dla mnie.
Rodzina zareagowała różnie. Nie chcę jednak tego wspominać, bo kilka osób zarobiło ode mnie duży minus. Powróciły też pytania o ślub. Ale tak samo jak i wcześniej, po czasie sobie odpuścili.


I tak oto, czekamy sobie na naszego Maluszka (prawdopodobnie będzie chłopak - takie przynajmniej przeczucie ma lekarz). Pierwszy raz w życiu z niecierpliwością czekamy na jesień!
Czytaj dalej

Plusy i minusy...

Są plusy i minusy siedzenia w czterech ścianach. Ja dzisiaj zauważam sporo plusów. Dzień rozpoczął się dość szybko (przebudziłam się przed 6:/) ale przynajmniej przyjemnie. Podobno uśmiechałam się przez sen. Ciekawe co mi się śniło. Po otwarciu oczu pamiętałam, ale oczywiście szybko mi uleciało. 

Wczorajszy dzień upłynął mi na rozmyślaniu. Nie mogę za dużo myśleć, szczególnie teraz, bo wpadam w dziwne nastroje. Tyle rzeczy jest do ogarnięcia - przede wszystkim remont. Obecny układ naszego pokoiku (w domu rodziców:/) jest nie przystosowany to przyjęcia nowego lokatora. Wiem, że to jeszcze sporo czasu, ale ja (w odróżnieniu od reszty domowników) muszę mieć wszystko zaplanowane i przemyślane. Moja pedantyczna dusza cierpi w takich momentach jak teraz, tyle trzeba zrobić, ogarnąć a ja... muszę się oszczędzać. Czasami przypominają mi się chwile przedświąteczne. Byłam już wtedy w ciąży (około 4 tygodnia) chociaż o tym nie wiedziałam. Robiłam wszystko - myłam okna, trzepałam dywany, przestawiałam meble... jednym słowem przewróciłam cały dom do góry nogami. Nie rozumiem, jak mi się udało przejść ten okres bez żadnych komplikacji?! Może mam jednak silniejszy organizm niż mi się wydaje...

Ale wracając do tych plusów, o których pisałam na początku... Mój Kochany zaczął się bardziej o mnie troszczyć. Może inaczej - to ja pozwalam mu się bardziej troszczyć. Wcześniej to zawsze musiałam wszystko "sama", bo przecież "ja zrobię wszystko najlepiej". Teraz trzeba się pożegnać z Zosią Samosią i pozwolić się rozpieszczać. Szczególnie jak jest ktoś, kto chce to robić.  A poza tym, niech się Tatuś przyzwyczaja, niedługo będzie jedna osoba więcej do rozpieszczania! :-)

Takie śniadanko to ja mogę codziennie ;-)

Na truskaweczki miałam ochotę od kilku dni. Aż w końcu przyjechały dziś do mnie - piękne, słodziutkie... I tak szybko się skończą ;-)
A gdy byłam w ogródku po warzywka, zobaczyłam jaszczurkę. Na początku trochę się przestraszyłam, a później z zaciekawieniem ją obserwowałam. Aż dziwne, zawsze brzydziłam się takich stworzeń... 
Ehhh co te hormony robią z człowiekiem... ;-)

Czytaj dalej

Dzisiaj już lepiej...

Obudziłam się dziś przed 8... szok! Pierwszy raz od nie wiem-jak-dawna przespałam całą noc bez kręcenia, wiercenia. Widocznie ta poprzednia nieprzespana nocka dała mi aż tak w kość.
Kolejna dobra wiadomość - ból brzucha przeszedł. Jeszcze tylko czasami czuję bulgotanie w jelitach. Wyciągnęłam wnioski z ostatnich dni i zaczynam bardziej dbać o siebie. Zapas owoców uzupełniony, w szafce chleb pełnoziarnisty a dziś na obiad brokułki... No ale dosyć o jedzeniu.
Dzisiaj dla odmiany cały dzień z pełną chatą - wiadomo, dzień wolny. Zobaczymy czy nie odzwyczaiłam się od towarzystwa ;-)
Miłego dzionka :-)
Czytaj dalej

A tak to się zaczęło... part 1


Pierwszy studencki czwartek w roku akademickim 2009/2010. Popularny klub. Bywałam w nim dosyć regularnie, zawsze z paczką psiapsiółek.

On siedział sobie między dwiema blondyneczkami. Był tam pierwszy raz. Zwrócił moją uwagę od razu. Był po kilku piwkach, a to zawsze mnie jakoś automatycznie odrzucało. Tym razem jednak coś mnie przyciągało. Blondyneczki zniknęły (chyba uciekły, biedne ;-)) a On siedział dalej. W pewnej chwili zagadał – do koleżanki, mężatki. Pomyślałam sobie „skubana, ta to ma branie na obrączkę” ;-) Nie była jednak za bardzo zainteresowana. Próba numer dwa – spróbujmy z tą rudą (czyt. ze mną). Haczyk wyrzucony, rybka złapała przynętę. Gadka szmadka, już nawet nie pamiętam o czym – może to i w sumie lepiej. Rozmowy z studenckich klubach, szczególnie po Happy Hours, nie należą do zbytnio błyskotliwych. 

Gdy nadszedł moment pożegnania, On zrozpaczony zaczął szukać długopisu by zapisać mój numer. Szukał po całym klubie aż w końcu znalazł. Pierwszy raz mi wtedy zaimponował (chociaż próbował już wcześniej, pokazując m.in. bilet miesięczny z Rzymu – pfff tani chwyt). To był chyba moment, w którym uderzyła strzała Amora. Jak się później okazało, z obawy o zgubienie numeru (zapisanego na wspomnianym bilecie ;-)) nauczył się go na pamięć.

Na następny dzień był SMS. Dokładnie pamiętam, w którym miejscu go odczytałam. Serce mocniej wtedy zabiło, chociaż nie robiłam sobie nadziei. W końcu był lekko wstawiony, na pewno mnie nie pamiętał i w ogóle, przecież ja nie mogłam mieć takiego głupiego szczęścia. Po kilku godzinach zadzwonił. Do pierwszego spotkania przygotowywały mnie wszystkie koleżanki z akademika. Jedna użyczyła błyszczyk, druga perfumy – wszystko na szczęście. Zapomniałam im w sumie za to podziękować ;-)

Stresowałam się strasznie, a pierwsze zamienione zdanie, zmieniło ten stres w czarną rozpacz. Przywitanie było hmmm oryginalne: „tak się właśnie bałem, że będziesz wyższa ode mnie”. Podejrzewam, że i On i ja myśleliśmy wtedy o tym, żeby zrezygnować. Miałam już mówić, że zapomniałam wyłączyć żelazko, czy coś podobnego. Ale pomyślałam „e tam, spróbuję”. Poszliśmy do klubu, tym razem spokojniejszego. 
Zamówiliśmy po piwie. Trochę pogadaliśmy. W sumie rozmowa nawet się kleiła, o dziwo łączyło nas sporo rzeczy. Zaczynałam wtedy myśleć, że może jednak coś z tego będzie. Chociaż takiego na chwilę. Gdy odprowadzał mnie do akademika, zaczynałam już marzyć o tym, żeby się odezwał znowu... Gdyby tego nie zrobił, chyba wpadłabym w depresję. 

Na szczęście się odezwał... Potem wszystko potoczyło się dosyć szybko. Pierwsze spacery, pierwsze kwiaty i pierwsze tęsknoty. Każda chwila osobno wydawała się wiecznością – banał, ale tak właśnie było.

No i może na początek tyle wystarczy... I tak się rozpisałam :-)

Tacy byliśmy wtedy piękni i młodzi... :-)


Aaaa... zapomniałabym. Tego wieczora poznaliśmy „naszą piosenkę”, ale aż wstyd mówić jaką ;-)
Czytaj dalej

Mamy gorszy dzień...

Wczoraj rozpierała mnie energia. Musiałam się pilnować, bo już mnie kusiło, żeby trochę posprzątać. Dzisiaj niestety jest gorzej, znacznie gorzej... Nie spałam pół nocy. Już pod wieczór zaczęłam odczuwać bóle - podejrzewam, że to wina zaparć, które męczą mnie już dłuższy czas. Jeszcze przed ciążą miałam problemy żołądkowo-jelitowe, dlatego znam niestety ten ból :-( Wczoraj pofolgowałam sobie trochę z jedzeniem i masz babo placek...
Rano było już trochę lepiej. Dłuższa wizyta w toalecie pomogła. Piję od rana duże ilości wody. Przed chwilą upiekłam sobie jabłka - czytałam, że pomagają na zaparcia. Zrobiłam już tez listę zakupów, muszę zacząć poważnie dbać o dietę, żeby już się tak nie męczyć.

Mam nadzieję, że z Maluszkiem wszystko dobrze. Już mi różne myśli przychodzą do głowy, ale staram się nie panikować. Na zwolnieniu wylądowałam przez lekkie plamienie i bóle w podbrzuszu (trzy razy dziennie przyjmuję Duphaston). Bóle były całkiem inne niż te dzisiejsze, dlatego to mnie trochę uspokaja. Lekarz kazał się oszczędzać i wypoczywać. I nie kazał się denerwować, bo nic złego się nie dzieje.

Pozostaje mi więc czekać, aż sytuacja z brzuszkiem się uspokoi. Może będzie więcej energii by pisać... ;-)
Czytaj dalej

No to sobie poleżymy...

"Musi pani zwolnić, odpoczywać... zrobić sobie domowy szpital" - tak zakończyła się moja ostatnia wizyta u ginekologa. Niby nic strasznego (z Maluszkiem wszystko dobrze), ale lepiej dmuchać na zimne (szczególnie, że nie przyszło TO wszystko tak łatwo). W związku z tym leżę sobie już od kilku dni i tak jeszcze co najmniej dwa tygodnie. A później to się zobaczy...

No i tu pojawia się podstawowe pytanie - jak spędzić ten czas by nie zwariować?
Jak przypomnę sobie ostatni letni urlop, dwa tygodnie minęły w mgnieniu oka. Inaczej jest jednak teraz - na leżąco czas płynie wolniej... 
W innych okolicznościach nie narzekałabym na nudę - dom by błyszczał, lodówka zapełniałaby się smakołykami. A zamiast tego w kątach zbiera się kurz, a w lodówka pustoszeje. Ciężko tak z dnia na dzień całkiem zmienić swoje przyzwyczajenia, ale teraz liczy się tylko Maluszek. Ma być relaks, to jest relaks. 

     Obrazek: www.kobieco.pl

Wszyscy naokoło doradzają. Najczęściej pojawia się "Czytaj! Dużo czytaj! Teraz masz na to czas". Ale ja zawsze wolałam pisać niż czytać. Dlatego moim pierwszym pomysłem był ten blog. Zobaczymy jak długo będzie przynosiło mi to radość i satysfakcję. Wiadomo - kobieta w ciąży miewa zachcianki ;-) 
Dla tych Mamusiek, które jednak wolą mniej twórcze zajęcia, mam fajną propozycję. 



Sama podjęłam wyzwanie na początku roku. Minęło już jednak prawie sześć miesięcy, a ja mogę odhaczyć jedną pozycję - wiem, wiem WSTYD! To nie dla mnie.
Kolejny pomysł już bardziej mi się podoba. Od jutra trzeba będzie zacząć. Do końca ciąży bez problemu odhaczę wszystkie pozycje. Akurat film, to coś co tygryski lubią najbardziej ;-)


Pomysłów jest jeszcze mnóstwo - szydełko, krzyżówki, zakupy przez internet (hehe) i inne. Każdy musi znaleźć coś dla siebie. 
Czytaj dalej

No to trzeba zacząć...


Zawsze marzyłam, żeby założyć bloga. Ale takiego prawdziwego. W którego się wciągnę jak w dobrą książkę.
Prób już było kilka. Wiele lat temu były jakieś fotoblogi, ale podejście do pisania było wtedy całkiem inne. Pisałam byle jak i o byle czym. Zapomnijmy o tym (aczkolwiek wspomnień trochę pozostało)...
Później był blog kulinarny, no... taki pseudo-kulinarny. Zamiary i chęci były wielkie, ale zapał jakoś zgasł.

Może tym razem będzie inaczej. Oby tylko chęci nie zabrakło. Bo czasu mam dużo, na to narzekać nie mogę.

Leżę sobie na łóżeczku z dzidzią w brzuszku. I poleżę tak jeszcze jakiś czas... Więc chęć stworzenia tego bloga, wypłynęła również z takiej potrzeby terapeutycznej. Ile można siedzieć "samemu", nie odezwać się do nikogo przez cały dzień?! A tak to sobie chociaż popiszę :)
Czytaj dalej